niedziela, 5 listopada 2017

Rozdział 7

MURPHY

Leżałem właśnie na łóżku próbując usnąć, gdyż właśnie zszedłem z nocnej warty przy bramie do Arkadii, gdy nagle z zza ściany zaczęły dobiegać odgłosy jakiejś kłótni. Wściekły wyszedłem, by uspokoić mojego sąsiada, którym na moje nieszczęście był nie kto inny jak Blake. Już miałem zacząć walić w drzwi, gdy usłyszałem naprawdę ciekawą rozmowę.
- Kocham cię, Clarke. Dlatego chcę zaryzykować, bo jeśli tego nie zrobię, będę żałował do końca życia. Proszę, zaufaj mi.
- Zaraz, zaraz, możesz powtórzyć?
- Zaufaj mi, Clarke.
- Nie to.
- A co?
- To, co mówiłeś wcześniej.
- Że chcę zaryzykować?
- Nie! Dobrze wiesz, o które słowa mi chodzi.
- Kocham cię, Księżniczko. Kocham. I jeśli tak bardzo chcesz, będę ci to powtarzał codziennie, aż będziesz miała dość.
- Tych słów nigdy nie będę miała dość.
Blake wyznawał właśnie miłość naszej Księżniczce. Kto by przypuszczał: Blake i Griffin to coś nowego. Swoją drogą ciekawe, co na to Finn? Jak widać nie na darmo ludzie mówią, że od nienawiści niedaleka droga do miłości, pomyślałem. Zrezygnowałem z ochrzanienia Blake'a za to, że robił tyle hałasu. Zamiast tego po prostu wróciłem do siebie.

CLARKE

Byłam właśnie w ambulatorium robiąc listę leków, które wczoraj wraz z Bellamy'm przynieśliśmy z bunkra, gdy nagle poczułam jak ktoś zachodzi mnie od tyłu i obejmuje w pasie.
- Nie boisz się, że ktoś wejdzie? – zapytałam przekonana, że to Bellamy.
- Witaj, skarbie – szepnął mi do ucha chłopak, po czym całując mnie w policzek, dodał – A czego mam się bać? Przecież wszyscy wiedzą, że jesteśmy razem. Chyba, że spodziewałaś się kogoś innego? – zapytał podejrzliwie, podnosząc jedną brew do góry.
- Nie, no co ty – zaśmiałam się nerwowo. - Po prostu w każdej chwili może wejść tu moja matka, a wiesz, że nie lubię publicznie okazywać uczuć. – wytłumaczyłam się, gratulując sobie w myślach, że jakoś z tego wybrnęłam.
- Wiem, ale i tak by się nic nie stało, bo twoja matka mnie lubi.
- Fakt. Swoją drogą, co tu robisz?
- Stęskniłem się, apo za tym chciałem pogadać.
- O czym?
- O nas.
- To znaczy?
- Kocham cię, Clarke, ale sama dobrze wiesz, że ostatnio nie mamy dla siebie czasu.
- Finn, co się dzieje? Brzmisz, jakbyś chciał zerwać.
- Nie, skądże, chcę być z tobą! Posłuchaj, Clarke, już rok jesteśmy razem i dobrze nam ze sobą, prawda?
- Prawda, ale przejdź do rzeczy, bo teraz brzmisz, jakbyś próbował się oświadczyć.
- A chciałabyś?
- Finn?
- No dobra. Pomyślałem, że powinniśmy razem zamieszkać. Co ty na to?
- Ze co proszę?
- Tęsknie za tobą, a tak więcej czasu mielibyśmy dla siebie.
- Wspólne mieszkanie to poważny krok, Finn. Nie wiem, czy jestem na to gotowa.
- Obiecaj, że to przemyślisz. Proszę.
- No dobrze, przem.... – zaczęłam, lecz Finn, nie pozwalając mi dokończyć myśli, wpił się w moje usta. Ja, jako jego dziewczyna, musiałam odwzajemnić pocałunek, choć szczerze mówiąc wolałabym, aby teraz na miejscu chłopaka znajdował się pewien przystojny brunet.

BELLAMY

Szedłem właśnie do ambulatorium, gdyż po skończonej warcie chciałem jak najszybciej zobaczyć się z Clarke. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny, odkąd widziałem ją ostatni raz, a już się stęskniłem. Gdy miałem właśnie wchodzić do pomieszczenia, przez okienko w drzwiach ujrzałem Clarke całującą się z Finn'em. byłem wściekły i jednocześnie cholernie zazdrosny. Niewiele myśląc, z całej siły uderzyłem pięścią o ścianę, co swoją drogą cholernie zabolało, lecz nie tak bardzo jak widok mojej Księżniczki w ramionach Finn'a.

CLARKE

Podczas pocałunku z Finn'em usłyszałam, że korytarza dobiega jakiś hałas, jęk i wiązanka przekleństw. Natychmiast oderwałam się od Finn'a i wybiegłam z pomieszczenia, gdzie ujrzałam Bellamy'ego stojącego pod ścianą z krwawiącą dłonią.
- Bellamy? Co ty tu robisz? Co się stało?
- Miałem mały wypadek – odpowiedział, trzymając się za ranną rękę.
- Widzę – westchnęłam. – Chodź, opatrzę cię – powiedziałam, patrząc na jego dłoń i tym samym wskazując skinieniem głowy na ambulatorium.
- Nie trzeba, nie chciałbym przeszkadzać – burknął wściekły i już wiedziałam, że widział mój pocałunek z Finn'em.
- Bell... - zaczęłam, chcąc mu wyjaśnić co zaszło, ale w tym momencie usłyszałam za sobą głos Finn'a.
- Clarke, co się dzieje?
- Nic. Później dokończymy rozmowę, Finn. Teraz muszę wracać do pracy – powiedziałam do Finn'a, nawet na niego nie spoglądając. Gdy ten zaczął odchodzić, ja zwróciłam się do Bellamy'ego. - A ty do ambulatorium i to bez dyskusji, musze cię opatrzeć – rozkazałam Bellamy'emu, wskazując na drzwi, na co on krzywo się uśmiechnął i wszedł do sali, a ja zaraz za nim.
- Siadaj – zarządziłam, wskazując na jedną z leżanek – To jak? Powiesz mi co się stało? – zapytałam, sięgając po opatrunki.
- Nic takiego, pobiłem się ze ścianą.
- Co proszę?! Czyś ty oszalał? – wykrzyknęłam, kładąc opatrunki na stolik.
- Tak, oszalałem na punkcie pewnej blondynki, o którą jestem diabelnie zazdrosny. Tak się składa, że przed chwilą widziałem ją całującą się z jakimś dupkiem. Doszedłem do wniosku, że pobicie ściany to lepszy pomysł niż pobicie jego. Powinnaś mi za to dziękować.
- Naprawdę ciekawe, co na to ten „dupek". Który, swoją drogą, jest jej chłopakiem – spytałam sarkastycznie.
- Osobiście mam to gdzieś. – odpowiedział, wzruszając ramionami.
- Bellamy, dobrze wiesz jak się sprawy mają. Przecież rozmawialiśmy o tym. – powiedziałam, rozejrzawszy się najpierw na boki czy na pewno jesteśmy sami.
- Wiem, Księżniczko, ale obiecałaś mi coś wtedy w jaskini, pamiętasz? A to wcale nie wyglądało na zwykły całus. Gdybym się nie zjawił, pewnie wylądowalibyście na jednej z tych leżanek.
- Naprawdę myślisz, że zrobiłabym ci coś takiego?
- Jemu robisz, więc czemu nie mi? – zapytał, chcąc mi dogryźć.
- Bo ty nie jesteś nim i w odróżnieniu od niego ciebie kocham, więc mógłbyś mi zaufać tak jak ja zaufałam tobie. A teraz się połóż, musze ci to prześwietlić, bo paskudnie wygląda. – warknęłąm wściekła, na co Bell tylko wywrócił oczami i posłusznie położył się na leżance, ja natomiast, nastawiając aparaturę, prześwietliłam mu rękę.
- Masz szczęście, nie jest złamana. Wystarczy sam opatrunek. Daj tu rękę – zarządziłam, Bellamy zaś wrócił do pozycji siedzącej i podał mi ranną rękę.
- No dobrze, przepraszam, nie złość się. Ej, Księżniczko, spójrz na mnie – rozkazał brunet, łapiąc mnie za podbródek i zmuszając bym spojrzała mu w oczy. - Nic nie poradzę na to, że tak bardzo cię kocham – wyznał, robiąc minę zbitego szczeniaka, która zawsze mnie rozbrajała, więc mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Więc obiecaj, że mi zaufasz.
- Dobrze, obiecuję, tylko się nie złość.
Rany, aż boje się zapytać, co byś zrobił gdym ci powiedziała, że był tu by poprosić, abym z nim zamieszkała, pomyślałam, biorąc gazę do ręki by zacząć oczyszczać ranę. Ale nie zdawałam sobie sprawy, że wypowiadam swoje myśli na głos.
- Najprawdopodobniej byś nawet nie zdążyła, bo bym go wcześniej zabił – odpowiedział na pytanie, które jak wcześniej sądziłam, zadałam sobie w myśli.
- Jesteś aż tak zazdrosny? – zapytałam, unosząc jedną brew ku górze.
- Tak i mam nadzieje, że się nie zgodziłaś – powiedział. Uśmiechnęłam się, gdyż widząc jego minę, przypomniała mi się bajka o pewnym głupiutkim misiu, którą w dzieciństwie czytała mi matka. Wyglądał zupełnie jak ten miś z książeczki dla dzieci – Clarke? – zaczął, podejrzliwie na mnie patrząc, ja natomiast wciąż uśmiechając się pod nosem, wzięłam jego rękę i zaczęłam delikatnie oczyszczać ranę. – Clarke, do jasnej cholery, odpowiedz mi!. – wykrzyknął, zabierając rękę.
- Spokojnie, misiu. Powiedziałam mu, że się zastanowię. - odpowiedziałam.
- O nie, jeśli się zgodzisz... - zaczął grozić, lecz przerwałam, wchodząc mu w zdanie.
- To co, misiu? - zapytałam szeptem, zbliżając swoje usta do jego na dosłownie kilka centymetrów i gdy Bellamy już chciał mnie pocałować, odsunęłam się i jakby nigdy nic wzięłam jego rękę, po czym zaczęłam ponownie delikatnie oczyszczać ranę.

BELLAMY

Tak chcesz grać? Dobra, zagrajmy – pomyślałem.
- To też sobie znajdę współlokatorkę, na przykład Holly albo Rebekę.
- A spróbowałbyś tylko – zagroziła, na co ja wyszczerzyłem zęby w szyderczym uśmieszku.
- Ale najlepiej by się nadawała Raven. O, ta jest całkiem niezła we „współżyciu" – powiedziałem i sugestywnie podkreśliłem ostatnie słowo, chcąc jej jeszcze bardziej dogryźć, lecz po wypowiedzeniu tych słów natychmiast tego pożałowałem; Clarke polała moją ranę jakimś płynem, co cholernie zapiekło. – Aa...- zasyczałem.

CLARKE

Gdy tylko Bellamy wypowiedział imię Ravenn i słowa „niezła we współżyciu" przeholował, więc wkurzona stwierdziłam, że dam mu nauczkę i polałam jego rade sporą ilością wody utlenionej, na co on zasyczał z bólu. I dobrze mu tak, pomyślałam, szyderczo się uśmiechając, po czym położyłam czystą gazę na ranie i przycisnęłam ją mocno, zaczynając bandażować.
- Aa... - zasyczał z bólu.
- Oh, przepraszam, zabolało? – zapytałam z udawaną czułością, po czym dodałam. – Postaram się delikatniej - obiecałam ponownie, przyciskając gazę bandażem. Nie byłam sadystyczna, ale też niespecjalnie delikatna.
- Aa... Cholera, za co? – wykrzyknął, a w jego oczach stanęły łzy. Z jednej strony było mi go szkoda, ale z drugiej za ten tekst o Raven należało mu się.
- Mi się nie grozi, misiu. I zapamiętaj sobie: nie wkurzaj dziewczyny, która cię opatruje – poradziłam, po czym już delikatnie skończyłam bandażować mu rękę. – Idź już, wieczorem wpadnę – powiedziałam, dając mu całusa w policzek i puszczając do niego oczko.
- Taa, tylko nie wiem, czy cię wpuszczę. – skomentował, po czym odwrócił się i wyszedł z ambulatorium.
 ***

Proszę o komenterze im ich więcej tym szybciej będą pojawiać się rozdziały. Bo to wasze komentarze dają mi siłe by pisać dalej.

1 komentarz: